Ciasteczka z młóta

IMG_9482

Młóto – w browarnictwie jest odpadem. Wykorzystuje się je do produkcji paszy dla krów, biopaliw, jako dodatek do wypieku chleba, do wyrobu jednorazowych jadalnych talerzy, a ostatnio prowadzi się badania nad wykorzystaniem go do produkcji tzw. bone grafts. Nie wiecie, co z nim zrobić i nie jesteście doktorantami na biotechnologii? Proponuję ciasteczka! są pyszne, mięciutkie, keksowate, a młóto dodaje im oryginalności.

Oto przepis:

  • 2 jaja
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • 250 g masła w temperaturze pokojowej
  • 1,5 szklanka cukru pudru
  • 4 szklanki młóta
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 1 szklanka suszonych winogron
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • pół łyżeczki cynamonu

Przygotowanie:

Utrzeć masło z cukrem na biało. Dodać jaja nadal ucierając. Następnie wrzucić rodzynki, ekstrakt i wymieszać. Wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem, solą i cynamonem. Wymieszać nie ubijając. Na koniec dodać młóto i ponownie wymieszać. Nakładać łyżką i lekko rozpłaszczyć na grubość ok pol centymetra. IMG_9479

Piec na blasze wyłożonej pergaminem w temperaturze 180°C, ok 15-20 min aż będą rumiane. IMG_9485

IMG_9506

Browerowy Bornholm

Baza wypadowa

Zatrzymaliśmy się w jednym z domków do wynajęcia w miejscowości Snogebæk.IMG_7971To mała mieścina położona na południowo-wschodniej części wyspy jakieś 2-3 km od Nexo, do którego kursują promy z Kołobrzegu. Jest to bardzo dobra baza wypadowa. Plaże w tej części wyspy słyną z drobnego piasku oraz dobrych łowisk. Jednocześnie jest stąd względnie blisko do większości atrakcji wyspy. Jedynie do zamku Hammershus trzeba przedostać się na przeciwległy skraj Bornholmu. Miasteczko jest małe i przyjazne, znajdziemy w nim jedną z najsłynniejszych na wyspie manufaktur czekolady, uznaną lodziarnię, sporo kramów z pamiątkami itp.

Niestety, ceny na Bornholmie potrafią sprawić, że nasz budżet szybko stopnieje. Nie udało mi się ustalić od czego one zależą. Lody i słodycze są bardzo drogie (bez względu na to, czy miejscowe czy z kontynentu). Przykładowo ceny lodów zaczynają się od około 30 DKK za kulkę (co prawda kulki są ogromne, a cena nie rośnie liniowo, bo za trzy zapłacimy koło 45 DKK ale to i tak dużo jak za lody) lub około 20 DKK za rożek od Frisko – miejscowego odpowiednika Algidy.IMG_8343 Alkohol również nie jest tani. Za butelkę byle jakiego lagera zapłacimy kilkanaście czy nawet dwadzieścia koron. W restauracjach jest oczywiście odpowiednio drożej – jakieś 30 DKK). Część towarów, takich jak pokale lokalnego browaru są w cenach nawet porównywalnych z naszymi, ale inne np. ciepłe skarpety kosztują krocie. Dobrym rozwiązaniem jest kupowanie produktów w supermarketach. Jeden jest na miejscu, a najbliższe Netto (czyli market najpopularniejszej na wyspie sieci) znajduje się zaraz przy wyjeździe z Nexo. Warto też brać wielosztuki.

Na całej wyspie wzdłuż ścieżek rowerowych biegnących koło gospodarstw spotkamy kramiki z wystawionymi dobrami wszelakimi, oznaczone flagami Danii. Kramików tych nikt nie pilnuje. Znajduje się przy nich jedynie skarbonka, do której należy wrzucić należność podaną przy każdym produkcie. Podobnie sprawa się ma w marketach. Często przed nimi spotkamy towary wystawione w ramach promocji. W celu nabycia towary te należy zabrać ze sobą do kasy wewnątrz sklepu.IMG_8337 Przy każdym markecie znajduje się również automat odbierający butelki (wszystkie: plastikowe, szklane a nawet całe kraty z butelkami po piwie – nie testowaliśmy ale widzieliśmy jak oddają je miejscowi) i wydający w zamian paragony ze zwrotem kaucji, do użycia w obrębie danego miasteczka (także uważajcie gdzie zwracacie butelki). Tak jak kramów nikt nie pilnuje tak i normą jest zostawienie roweru czy sprzętu plażowego bez opieki. Jeśli ktoś się przypina to na 90% jest naszym rodakiem, który nie przywykł jeszcze do realiów wyspy :).

Jeśli chodzi o same domki, to są naprawdę w świetnym standardzie (basen, sauna, jacuzzi – jeszcze stołu bilardowego mi brakowało) a cena, po rozbiciu na odpowiednią liczbę osób, nie wychodzi bardzo zabójcza. Czytaj dalej „Browerowy Bornholm”

Szkolenia cz. 3: Warsztaty piwowarskie

Do kogo skierowane są te wydarzenia nie ulega żadnej wątpliwości. Natomiast czy warto się wybrać?

Ostatnio, mimo że swoją przygodę z piwowarstwem zaczęliśmy niedawno, znajomi coraz częściej pytają mnie jak warzy się piwo, a czasem zdarza się i poważniejsze pytanie czyli: jak zacząć? Wtedy odpowiadam żeby najpierw nabyć książkę „Domowe warzenie piwa” Richarda Lehra, potem wybrać się na warsztaty/uwarzyć coś z kumplem który już warzy (a najlepiej to i to), a na koniec skorzystać z porad odnośnie wybranego stylu na blogu Doroty Chrapek (blog.homebrewing.pl). Dla czego ta książka, a nie modne amerykańskie tytuły w rodzaju „Radical Brewing” czy „Designing Great Beers”? Bo kosztuje 20 PLN i na początek w zupełności wystarcza. Świetnie sprawdza się jako ściągawka jak już stoisz nad garami. Dla czego Dorota a nie „Warzę z Kopyrem”? Bo u Doroty masz wszystko jasno, zwięźle i podzielone na style. Pani Doroto czekamy na więcej. Może jakiś RIS, koźlaczek albo obiecana wędzonka?

No i teraz sedno – Warsztaty piwowarskie. Ja uczestniczyłem we Wspólnych Warzeniach organizowanych w KiKu przez znanego już wam przynajmniej z pierwszej części cyklu Pawła Leszczyńskiego. Warsztaty takie to bardzo fajny sposób na miłe i pożyteczne spędzenie praktycznie całego dnia. Także należy pamiętać ze jeśli chcemy się czegoś faktycznie na nich nauczyć to nie planujmy na ten dzień nic innego. Radzę też uważać na ilość spożywanego w ich trakcie złotego trunku (nawet jeśli naprawdę ma on inny kolor :P), bo mamy naprawdę sporo do zapamiętania/zanotowania. Dodatkowo warto zgłaszać się na ochotnika przy każdym kolejnym etapie produkcji piwa żeby nabrać jak najwięcej praktyki. Warto też słuchać co mówi prowadzący (oraz kręcący się tu i tam piwowarzy) w ramach ciekawostek lub trików upraszczających jeśli nie życie to przynajmniej warzenie. W trakcie warsztatów (zazwyczaj w środku dnia – w czasie gdy zacier się filtruje, lub wcześniej w czasie najdłuższej przerwy) zazwyczaj organizowana jest też degustacja piw domowych uwarzonych w czasie poprzednich edycji oraz przyniesionych przez zaprzyjaźnionych piwowarów którzy wpadają głównie na tą część imprezy żeby powymieniać się doświadczeniem i piwami.

Osobiście uważam że opierając się tylko na wiedzy teoretycznej ciężko jest zacząć warzyć, tym bardziej że nawet dysponując doświadczeniem zdobytym w trakcie warsztatów zostaje jeszcze sporo problemów techniczno-logistycznych do rozwiązania przy przemienianiu swojego domu w browar domowy.

W Warszawie wedle mojej wiedzy jedyne poważnie prowadzone i odbywające się regularnie  warsztaty to te prowadzone przez Pawła w KiK. Czasem organizuje on również pokazy w czasie festiwali i innych imprez. Jakiś czas temu miały też odbywać się warsztaty w Cudach na Kiju organizowane przez Slow Food Youth Warszawa – kimkolwiek są (chyba jacyś blogierzy gastronomiczni), a prowadzone przez Marcina Pietranika – piwowara i „głównego kipera w Cudach na Kiju” (cokolwiek autor miał na myśli – pewnie chodzi o menago knajpy). Ale nie wiem co z tego projektu się urodziło bo pomysł crowdfundingu zamiast znalezienia sponsora jak robią inni (w KiK jest nim Browamator który za cenę kompletu fermentorów i zestawu surowców raz na miesiąc ma najlepszą reklamę jaką może sobie wymarzyć) skreślił ich w moich oczach. Podobne warsztaty organizowane są w Poznaniu w pubie Setka (tu sponsorem jest browar Szał Piw), w Łodzi w Piwotece Narodowej (tutaj udział kosztował 10 PLN), we Wrocławiu w różnych knajpach na Wrocławskim Szlaku Piwnym (jako Szkółka Piwowarska),w Trójmieście w Piwnej (odbyło się tu warzenie piwa inspirowanego legendarnym piwem Jopejskim) oraz Kandelabry Premium Pubie, w Krakowie w House of Beer… Natomiast w różnych miastach można jeszcze trafić na pokazy z udziałem piwnych osobistości takich jak Czesław Dziełak (zdobywca dwóch ostatnich grand championów), Dorota Chrapek czy ekipy browarów takich jak Pinta, Artezan oraz Pracownia Piwa.

P.S. Nie odbierzcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko Tomkowi Kopyrze zblogblogkopyracom. Uważam na przykład jego wykłady o piwnym szkle za najlepsze opracowanie tematu z jakim się spotkałem (pierwsza część cyklu). Po prostu nie jest on dla mnie wyrocznią za którą ostatnio zaczął uchodzić w pewnych kręgach.

Szkolenia cz. 2: Zorganizowane Degustacje – czy warto?

Z okazji wczorajszego uczestnictwa w tego typu wydarzeniu (Warsztaty piwne z piwowarem browaru Perun – Adamem Czogallą mające miejsce w Kawiarni Hugonówka w Konstancinie-Jeziornie) postanowiłem kontynuować tematykę poprzedniego wpisu. Do tej pory uważałem takie wydarzenia za stratę czasu i pieniędzy. Może na początku mojego zainteresowania piwem i kulturą jego spożywania myślałem by się na coś takiego wybrać jednak częste odwiedzanie KiKu i dyskusje ze znanymi już wcześniej barmanami z tego lokalu szybko doprowadziło mnie do przeświadczenia, że niczego nowego na takim wydarzeniu się nie nauczę.

Kiedy już miałem okazję w czymś takim uczestniczyć zmieniłem jednak swoja opinie co do zasadności takich wydarzeń. Wybraliśmy się tam właściwie dlatego, że do końca nie wiedziałem na czym skupią się owe warsztaty, a zaciekawiła mnie możliwość dyskusji z piwowarem, który dość niedawno przeszedł z warzenia domowego na kontraktowe, o różnicach miedzy jednym a drugim sposobem warzenia. A ponieważ i tak nie mieliśmy planów na wieczór zdecydowaliśmy się wybrać do Konstancina. Mimo pewnych braków techniczno-organizacyjnych wydarzenie uważam za bardzo udane. Adam wyczerpująco odpowiedział na moje pytania, a atmosfera kawiarni była niezwykle miła. Natomiast samym meritum warsztatów okazała się degustacja. Obejmowała ona 8 piw wybranych przez Adama. Czego można było się spodziewać- część z nich pochodziła z browaru Perun, ale były również domowe Piwa Adama i dwa inne piwa komercyjne. Degustację zaczęliśmy od pilsa, którym był bodajże Krakonos z browaru Policka, następnym piwem był Jasny Grom od Peruna czyli APA (i tu Adam przyznał się dlaczego pierwsza warka była jaka była i zapewnił, co miałem możliwość sprawdzić, że kolejne są już bardzo w porządku). Na następny ogień poszedł dunkelweizen czyli Perunowy Sabat Czarownic, później była Noc Kupały czyli intensywnie chmielony polskim chmielem stout od Peruna (z warki, która była inna od pozostałych ze względu na brak surowców w browarze – czy na plus czy na minus ciężko ocenić na pewno była ciekawa), następnie jakiś komercyjny dunkel doppelbock (niestety nie zapamiętałem jaki), a na koniec ciężka artyleria czyli wee heavy i RIS z domowych produkcji Adama (browar domowy Broguziec).

Podsumowując: spróbowałem kilka fajnych piw (z czego część była dla mnie nowa, a część była warkami z wprowadzonymi zmianami w stosunku do tego co pamiętam), spędziliśmy miło wieczór, dowiedziałem się trochę o szczegółach warzenia w profesjonalnym browarze. A przy okazji doszedłem do wniosku, że właśnie takie kursy poleciłbym tym, którzy nie chcą w temacie piwa stawać się pro, ale chcieliby być świadomymi konsumentami. Taki kurs daje możliwość spróbowania kilku nowych stylów (nawet dla mnie – wee heavy chyba nie miałem okazji wypić wcześniej, a żeby było zabawniej tego samego dnia próbowałem bez powodzenia nabyć Nessi z Hausta, żeby to nadrobić) bez konieczności kupowania całej butli czegoś, co jest drogie a nie koniecznie będzie nam smakowało. Do tego daje możliwość dowiedzenia się czegoś o próbowanym stylu (historia, cechy itp.) – dzięki czemu zyskujemy wiedzę czego się spodziewać w wypadku stylów pozostawiających pewną dowolność.

Zatem wszystkich, którzy po przeczytaniu poprzedniego tekstu stwierdzili, że kurs sensoryczny to nie dla nich zachęcam do wybrania się na przynajmniej jedną zorganizowana degustacje piw. A jest w czym wybierać. W samej Warszawie mamy Piwoznwców( w tym Michała Kopika), Browarzyciela, Pawła Leszczyńskiego… Natomiast mimo pewności, że każdy z nich poprowadzi taki kurs profesjonalnie mam pewne obiekcje co do ceny. Przeważnie jest to około 200 PLN!!! Owszem, prowadzący musi trochę zarobić,a piwa nie są za darmo ale mimo wszystko… Na naszej degustacji na próbki jednego piwa przypadało około 4 butelek, czyli każdy dostawał około 0.1 l a za 200 PLN można spokojnie kupić 8 butelek 0.3 – 0.5  piwa właściwie w każdym stylu (no trochę upraszczam bo dobry RIS to około 50pln za 0.3 ale coś tam się i taniej znajdzie). Zatem polecam wcześniej, mimo wszystko, sprawdzić cenę kursu i liczbę degustowanych stylów. Natomiast warsztaty z Adamem polecam w ciemno (tak, tak były za free).

Szkolenia cz. 1: Po co komu kursy sensoryczne? Czyli Profesjonalne Szkolenia Sensoryczne MOT PSPD w Bloku Żab

img_9895

No właśnie, po co? Temat ostatnio bardzo na czasie. Niektórzy blogerzy piwni wręcz obnoszą się ze swoją pogardą do sensoryków, a potoczna opinia głosi, że „po takim kursie przestanie ci smakować piwo”. Czy to prawda? Moim zdaniem bynajmniej. Swoją opinie postaram się przedstawić na przykładzie organizowanych przez znanego wielu z was Pawła Leszczyńskiego (prezesa MOT PSPD, jednego z czołowych sędziów piwnych w kraju i piwowara z długim stażem) kursów sensorycznych z użyciem próbek aromatów firmy Flavor Active.

Na szkolenia te wybraliśmy się z Kasią po tym, jak zdałem egzamin na certyfikowanego sędziego PSPD. Dla mnie kurs ten był możliwością podniesienia swoich umiejętności, dla Kasi – pierwszą okazją do zetknięcia się z wiedzą sensoryczną.

Zatem jak to jest z tym odbiorem piwa po szkoleniu? Raczej wątpię by ktoś będący daltonistą smakowym, lub ignorantem gustującym w eurolagerach, idąc na takie szkolenie z przypadku nagle znienawidził jasne pełne. Tym bardziej, że samo szkolenie odbywało się na próbkach rozpuszczonych w teoretycznie smakowo neutralnym „królu”. Niektóre związki i tak były dla wszystkich uczestników (bynajmniej nikt nie był z przypadku) trudne do wyczucia i wymagały kilku podejść. A jeśli chodzi o osobę zainteresowaną świadomym degustowaniem piwa, to moim zdaniem osoba taka już wcześniej nauczy się wyczuwać, że coś jest z piwem nie tak.

No to w takim razie po co jej ten kurs spytacie? No właśnie jeśli nie jest zainteresowana profesjonalnym ocenianiem piwa (czy to aby „debuggować” własne piwa, czy żeby sędziować, czy wreszcie żeby nie pisać bzdur w internetach) – PO NIC. Tak właśnie przydatność szkolenia oceniła Kasia. Taka osoba umie powiedzieć, że piwo pachnie: masłem, „bagnopierdem”, kukurydzą, rzygiem czy pasztetem (tak serio to i jeszcze parę innych mieliśmy wątpliwą przyjemność wyczuć w różnych piwach ostatnimi czasy). Kasia jako kobieta (albo to moja alergia, a jej duża praktyka kulinarna) jest w stanie nawet lepiej wyczuwać i nazywać takie rzeczy niż ja.

Ale jak już z dowolnych pobudek chcesz do piwa podchodzić profesjonalnie, a nie konsumencko takie szkolenie to dla ciebie podstawa. Inaczej ciężko nauczyć się deskryptorów konkretnych związków występujących w piwie. A raczej nadać cechom właściwe deskryptory. Dla jednych cecha opisywana jako „koci” to bardziej kocia kuweta dla innych (w większości tych, którzy kota nie mieli) liście porzeczki – owszem, stężenie tu też ma znaczenie ale raczej drugorzędne. Albo taki skunks. Spryskał was kiedyś skunks? Mnie nie. Ktoś powie, że to aromat „marihuaniny”, no i faktycznie trochę pachnie to dla mnie w tę stronę, ale bardziej przypomina mi to zapach towarzyszący wybiegom dla słoni – aromat częściowo przetrawionej wyschniętej na słońcu trawy. Także deskryptor, to tylko słowo do póki nie zostanie on powiązany z jakimś wspomnieniem, a to dla każdego kwestia indywidualna. Tylko w ramach takiego szkolenia możemy przypisać konkretnym związkom odpowiednie dla nas deskryptory. W wypadku piwa pitego w knajpie lub na własnej kanapie nigdy nie mamy pewności czy czujemy ten związek, który podejrzewamy. Może to suma kilku cech daje taki efekt? Nie ma co śmiać się z sensoryków, że czują w piwie jakieś dziwne związki o dziwnych nazwach zamiast mówić, że piwo jest dobre/złe albo, że pachnie jak pesto. Dzięki wiedzy sensorycznej można stwierdzić co poszło nie tak w czasie produkcji piwa, albo właśnie co dało nie planowany ale pozytywny efekt. Jest to ważne dla piwowara – dla tego browary zatrudniają sensoryków. Jest też ważne dla sędziego żeby mógł ocenić warsztat danego piwowara, ale również przekazać informację zwrotną niedoświadczonemu piwowarowi. Mimo, że to nie tak oczywiste jest też ważne dla „blogiera”. Nie oszukujmy się, naszymi odbiorcami nie są statystyczni Kowalscy. Nasi odbiorcy to wciąż dość hermetyczne środowisko. Czytają nas w głównej mierze „piwne geeki” (a tu odsetek piwowarów jest spory), oraz ludzie z branży. Im informacja zwrotna też się przyda. Natomiast dla piwowarów domowych informacje te mogą być pożyteczne pod kątem ustrzeżenia się błędów popełnionych przez innych lub powtarzania wyników uzyskanych przez rzemieślników.

A teraz o tym jak takie szkolenie wygląda. Na początku była pogadanka o sensoryce. Czym ona jest, po co nam ona, jak degustować itp. Potem Paweł zaczął rozrabiać pierwszą próbkę w piwie i opowiedział jaką cechę będziemy próbować, co jest jej przyczyną, jak się jej wystrzegać, bądź jak ją wzmocnić. Były też dygresje cenne dla piwowara i ploteczki z branży. Potem każdy dostawał do kieliszka próbkę. Wszyscy degustowali,czasem porównywali z próbką kontrolną i wyrażali swoje odczucia. Potem było porównanie z próbką o podwójnym stężeniu (tylko zapachowe, bo próbka była wspólna) oraz próbką z aromatem zakumulowanym w większej przestrzeni (słoiku – kolejnym symbolu Warszawy zaraz po „królu”) i tak kolejne cechy. Jako, że na naszej edycji było mało chętnych mieliśmy jeszcze okazję przytulić po próbce do domu.

Podsumowując, zachęcam wszystkich traktujących piwo poważnie aby na jakiś kurs się wybrali. Szczególnie, że ich ceny wcale nie są takie zabójcze jak kursu sędziowskiego i nie trzeba się bić o miejsca.

Aktualne Kursy w Warszawie – Paweł organizuje takie szkolenia również w Poznaniu w kooperacji z Pubem Setka, w Bielsku-Białej analogiczne szkolenia organizuje Dorota Chrapek, a we Wrocławiu swój kurs (Degustuj jak Sędzia) robił Tomek Kopyra zblogublogkopyra…

Materiały do Szkolenia – Paweł coś popsuł ostatnio na stronie i nie są chwilowo dostępne ale mam nadzieje, że naprawi to na dniach.