II Warszawski Festiwal Piwa

Tak to w życiu czasem bywa, że jeśli jedna z ważniejszych piwnych imprez odbywa się w twoim rodzinnym mieście i już myślisz, że tym razem wreszcie nic nie przegapisz, to okazuje się, że w tym samym czasie masz ślub dobrego kumpla w Szczecinie. Tak wiec na tej edycji musiałem odmówić pomocy przy organizacji strefy piwowara domowego, ominąć wszystkie wykłady (a sądząc po liście było wiele takich, które bardzo by mnie interesowały), a nawet nie upolować najbardziej wyczekiwanych piw. Cóż – życie. Ten wpis zatem będzie relacją tylko z pierwszego dnia festiwalu, do tego zakończonego przez nas niezbyt późno, by udało nam się jeszcze złapać nocny pociąg do Szczecina.

Festiwal zaczęliśmy, jak wiele innych osób od stania w korkach, a raczej czekania na nienadjeżdżający autobus… i kolejny… i kolejny… Po pewnym czasie dołączył do nas Kowal ze Smaków Piwa i wspólnie postanowiliśmy olać czekanie i iść na piechotę z Koszykowej. Nie wiem co było bezpośrednią przyczyną korków, ale w tym momencie ostatnią rzeczą jakiej potrzebowała stolica była „masa kretyniczna”. Jako rowerzysta będę powtarzał do znudzenia: Nie wiem na co liczycie organizując ten event, ale jedyne co osiągacie to eskalacja konfliktu miedzy cyklistami, a reszta społeczeństwa, oraz podziały wśród samych rowerzystów.

Kiedy już dotarliśmy na miejsce (ponad półtorej godziny spóźnieni), okazało się, że przynajmniej wstęp na imprezę jest bezproblemowy. Kolejki do bramek właściwie nie było, a po zakup biletów dopiero się formowała (my na szczęście nabyliśmy bilety zawczasu – o czym będzie jeszcze później). Po wejściu niemalże od razu spotykaliśmy mniej lub bardziej (tego dnia minimalna pojemnością było 0.3 l) „zdegustowanych” znajomych. Posililiśmy się w jak zawsze niezawodnej Chmielarni (choć foodtracki również nęciły), nabyliśmy zaplanowane butelki i poszliśmy ulokować się na vipowskich (jak wszystko na tym festiwalu 😛 ) kanapach, zajętych już przez kumpla i jego ekipę. No i wtedy spotkało mnie pierwsze rozczarowanie. Bo jak już zasiadać, to do degustacji, a tą wypadało by rozpocząć od najbardziej „grzejących” nas piw. Z naszej listy najbardziej pożądanych podpięty był tylko Kwas Alfa. Także Kasi udało się dostać swojego „kwasiżura”, a ja musiałem obejść się smakiem na leżakowany w beczkach kwaśny wędzony porter bałtycki z Widawy (chłopaki dorwali Wojtka i dowiedzieli się, że to piwo będzie dopiero w sobotę). Nie było też jeszcze The Mayana, Spontanicznej Róży z Mikkelera, wędzonego kozła od Solipiwko, Nelson Weissa z Camby, ani lanej 5-tki z Pracowni Piwa. Zadowoliłem się wiec Urodzinowym Nelson Weissem z Pracowni, a 5-tkę wziąłem na wynos. Ale cóż festiwal ma trzy dni, nie można rzucić całego dobra na raz.

Za to teraz będzie trochę zjeby dla organizatorów. Ja rozumiem, że za bilety odpowiedzialna była zewnętrzna firma obsługująca na co dzień głównie imprezy sportowe, ale powinni sprawdzić czy im jej system pasuje i czy nie będzie z jego powodu jakichś fuckupów. Ja naliczyłem ich co najmniej dwa. Po pierwsze, kupując bilet na festiwal nie koniecznie chcemy podawać swój pesel. To zniechęca ludzi przy zakupie biletu przez internet i nie jest to tylko moje zdanie. A to, czy te dane są ważne czy nie i czy możemy tam wpisać np. numer seryjny tostera, nie ma nic do rzeczy jeśli ta informacja nie jest nigdzie podana do wiadomości publicznej. Główny fuckup jednak był moim zdaniem dużo poważniejszy. Wyszedłem na chwilę na zewnątrz załatwić jedną sprawę, biorąc ze sobą jednodniowy bilet Kasi, bo był pod ręką i jak się okazało musiałem stać przeszło 20 minut i dzwonić do „wszystkich świętych”, żeby wejść z powrotem na festiwal bez kupowania kolejnego biletu. W końcu mi się udało dzięki Mike’owi, który przyniósł mi mój karnet od Kasi (jeszcze raz wielkie dzięki). Sorry, bilet jest jednodniowy – owszem, (znalazłem w FAQ również informacje, o tym, że tak ta kwestia faktycznie wygląda), ale w ciągu tego jednego dnia festiwal trwa kilka czy nawet kilkanaście godzin. Na wszystkie festiwale do tej pory, wchodziłem i wychodziłem po parę razy dziennie (i nie byłem w tym osamotniony), ponieważ czasem trzeba po kogoś wyskoczyć, odprowadzić do domu, odebrać coś od kogoś itp. Zatem moim zdaniem takie rozwiązanie jest  bardzo słabe. Dodatkowo czytałem, że były jakieś problemy z kupieniem biletu przez internet w dniach poprzedzających festiwal. Sumując to wszystko uważam, że kwestia biletów powinna być pierwszą usprawnioną rzeczą na kolejnej edycji.

Po niefajnej historii z biletem wróciłem do polowań na ciekawe i premierowe piwa. Mimo, że kolejka po bilety zdążyła w międzyczasie nieźle urosnąć wewnątrz wciąż było wystarczająco luźno, a kolejki do piwa nie przerażały jak rok temu we Wrocławiu. Stadion Legii jako miejscówka i decyzje podjęte przez organizatorów jak najbardziej dały radę w tej materii. Przynajmniej w piątkowy wieczór (słyszałem, że w sobotnie popołudnie było już gorzej – ale dalej bez tragedii). Jeśli chodzi o same piwa, to wybór był spory, a większość próbowanych piw na wysokim poziomie, ale osobiście żałuję, że główny nacisk wystawcy położyli na IPY-sripy, zaniedbując trochę RISy, „kwasiżury” i mocne piwa słodowe. Najbardziej ze spróbowanych piw zasmakowały mi Banany na Rauszu z Redena. Nie były może tak intensywnie wędzone jak ikona stylu od Schlenkerli, ale za to bardzo dobrze zbalansowane. Świetne piwo, w którym bananowo-goździkowe aromaty idą w jednym szeregu z wędzonką. Urodzinowe piwo Pracowni Piwa, nie spowodowało za to, by moje cztery litery nagle oddzieliły się od reszty ciała. Nelson dodał temu piwu trochę przyjemnego cytrusowego aromatu, ale również zbyt wysokiej jak dla tego stylu goryczki. Przyjemny natomiast wydał mi się ziołowy bitter od Olimpu (Eurydyka). Niestety Kasia nie podzieliła tego zdania komentując go jako „o fuu” :P. Artezanowy Star Cysterna zdaniem moim i znajomych miał świetny aromat i smak wołający niestety o potężniejsze ciało. AleBrowarowe Kiss The Beast dla odmiany zupełnie nie powalało. Jeśli chodzi o wspominany wcześniej Kwas Alfa, to piwo to okazało się podobne w odbiorze do soku grapefruitowego. Bardzo pijalne i rześkie. W sam raz na taką pogodę. Natomiast w zapachu miało nikłą nieprzyjemną nutkę – chyba siarkową. Niestety w wersji butelkowej była ona wyraźniejsza .

Kolejna rzeczą, do której trochę się poprzyczepiam jest festiwalowa apka. Wraz ze znajomym z Politechniki doszliśmy do wniosku, że mimo iż sama apka do tworzenia listy piw to świetny pomysł, to wypuszczenie jej w formie, którą można było ściągnąć tuż przed festiwalem było nieporozumieniem. Testowałem ją od samego początku i pierwsza wersja nie dość, że wyglądała jak strony robione w pierwszej dekadzie XXI wieku w gimnazjach w ramach zaliczenia informatyki, to jeszcze cięła się tak niemiłosiernie, że korzystanie z niej bez jednoczesnego przeglądania katalogu piw na stronie festiwalu (i używania opcji wyszukaj) było niemożliwe. W wersji poprawionej wyglądała już ociupinę lepiej, ale baza danych wciąż nie była spójna, a przeglądanie piw przewijając listę, dalej niemożliwe. Panowie, PKW nie jest dobrym wzorcem informatyzacji – naprawdę. Na przyszłość radzę przygotować kolejną wersję apki z odpowiednim wyprzedzeniem i przetestować na grupie znajomych, a nie na odbiorcy docelowym w przededniu festiwalu. Tak, by przed festiwalem jedynie uzupełniać bazę piw na bieżąco.

wpid-20150424_211724.jpg

O 19:45 udałem się na degustacje cydrów. Odbyła się ona na trybunie prasowej, na którą nie tak łatwo było, z vipowskiej, trafić, ale dzięki pomocy  organizatorów strefy piwowara udało mi się dość sprawnie ją odnaleźć. Sama degustacja była bardzo fajna. Wreszcie miałem okazję wzbogacić swoją wiedzę, o to jakie są rodzaje cydru i to, czego należy się po nich spodziewać. Potwierdziły się także moje przypuszczenia, że co do cydru, moje gusta są raczej menelskie. Najbardziej odpowiada mi cydr, słodki, mętny i wysokoprocentowy – wypisz wymaluj brytyjski scrumpy. Okazało się także, że w niektórych cydrach (w rodzaju vintage – ładnie przetłumaczone przez polskiego dystrybutora na archiwalny 😛 i cydrze lodowym produkowanym w Polsce i podobno fermentowanym spontanicznie) można odnaleźć nuty końskiej derki, takie jak w piwach typu Lambic. Jeśli miałbym mieć jakieś uwagi do chłopaków z Piwo i Cydr to jedynie w stosunku do towarzyszącego degustacji wykładu. Wstęp historyczny był dość spontaniczny i było to niestety widać. Przy następnej degustacji pewnie już będą mieli to przećwiczone – ot uroki pierwszej edycji. Po degustacji niestety musieliśmy biec na PKP mimo, wielu propozycji wypicia rozchodniaczka :p . Po drodze uratowałem jeszcze uczestnika (chyba) festiwalu ciągniętego przez autobus za nogę – pamiętajcie, że tak może się skończyć wysiadanie „pod wpływem”, z autobusu przy zamkniętych drzwiach :p .

Podsumowując: mimo pewnych (wcale nie małych) niedociągnięć technicznych, festiwal ten pod względem organizacyjnym był jak na razie jednym z najlepiej przygotowanych piwnych festiwali. Jedynie BGM2 mogłoby z nim konkurować.

P.S. Fotki znów dzięki uprzejmości Piotra Papiernika, bo w całym tym rozgardiaszu zapomnieliśmy zabrać ze sobą aparatu.

P.S.2 Pawle, bardzo dziękuję za miłe przywitanie nas na festiwalu.

Jedna uwaga do wpisu “II Warszawski Festiwal Piwa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s