Praski tap crawl

Część tegorocznego urlopu przyszło nam spędzić w Pradze – mieście które już od dawna chciałem odwiedzić. To co mnie do niego ciągnęło to historyczne tajemnicze piwnice których to klimat zainspirował zespół Killing Joke do nagrania kawałka „Hosannas from the Basements of Hell”, piwiarnie rozsiane po całym mieście, wąskie urokliwe uliczki którymi można się włóczyć wieczorami czy wreszcie Most Karola na tle którego Vin Diesel uratował świat przed śmiertelnym wirusem surfując na bezzałogowej łodzi podwodnej. Jeśli chodzi o piwo postanowiłem jednak skupić się przede wszystkim na krafcie ponieważ desitek, pilsów i polotmavych opiłem się już kilka dni wcześniej w Cieszynie. Krótkie relacje z każdego odwiedzonego baru wrzucałem już co prawda na bieżąco na facebookowy fanpejdż, jednak mimo to postanowiłem napisać tekst podsumowujący naszą wycieczkę.

Do Pragi dotarliśmy chwilę po południu. Po wypakowaniu się z pociągu ruszyliśmy w stronę starego miasta gdzie wynajęliśmy apartament. Już w czasie tej niedługiej wędrówki minęliśmy multum piwiarni i pubów. Ja jednak miałem zawczasu sporządzoną listę lokali do których warto się udać czy to tylko na piwo, czy również (co było w tym momencie istotniejsze) na obiad. Za pomoc w przygotowaniu tej listy dziękuję naszym blogerom (Piwna Praha, Piwne Podróże, The Beervault) jak również użytkownikom jepiwki.

Pierwszym odwiedzonym lokalem (tym w którym postanowiliśmy się również pożywić po podróży) było U dvou koček. Lokal ten nie ma jakiejś wspaniałej opinii wśród beergeeków jednak Kasi dobrze kojarzył się z poprzednią wizytą w Pradze, a według tego co czytałem piwo i jedzenie jest tam przyzwoite. Opinie te okazały się być prawdziwe jednak gdy zamówiłem swój kufel polotmavego i talerz gulaszu, kelnerka wdała się z Kasią w rozmowę na temat podania wiśniówki jak aperitifu. W kultowym i znanym jako pułapka na turystów U Fleků wzmogło by to moją czujność, jednak tutaj kwestię tę zignorowałem. Jak się okazało niesłusznie, skutkiem czego na naszym stole wylądowały szklaneczki z wiśniówką za którą na sam koniec musieliśmy zapłacić prawie tyle co za obiad… Także więcej do Kotków (tym bardziej że warzą tam tylko trzy typowe czeskie lagery – jasne, ciemne i wybrane przeze mnie półciemne które nie jestem pewien czy nie było wynikiem typowego dla Czechów rżnięcia dwóch pozostałych) chyba się już nie wybierzemy, tak jak i nie zaszliśmy do wspomnianego U Fleků.

Po posileniu się, rozlokowaniu w apartamencie i chwili odpoczynku postanowiliśmy wybrać się na drugą stronę miasta celem odwiedzenia dwóch lokali które zaznaczyłem jako najistotniejsze.

Pierwszym z nich był Incider Bar – pierwszy w Czechach (a nie zdziwię się jeśli w tej części Europy) pub dedykowany wyłącznie cydrom rzemieślniczym. Pod sam koniec wędrówki okolica zaczęła się robić lekko obskurna, a gdy minęliśmy  sklep dla skinheadów (bo jak inaczej nazwać sklep odzieżowy z samymi markami w stylu Alpha Industries, Ben Sherman, Harrington, Lonsdale itp…), przypomniały mi się zasłyszane opinię że w okolicach Zlý Časy które były naszym kolejnym celem, nie koniecznie lubią Polaków. Kiedy dotarliśmy na miejsce jednak od razu dałem się ponieść klimatowi miejsca. Z głośników leciały rockowe szlagiery lat 70-80, za barem urzędowała sympatyczna barmanka w stylu pin-up girl, a wystrój po mimo że prosty jak to w czeskich lokalach był też bardzo urokliwy. Zamówione cydry czeskie okazały się bardzo przyzwoite, ale tak jak i w wypadku naszych cydrów rzemieślniczych bezpośrednia konfrontacja z cydrem angielskim nie dała im szans. No cóż musi minąć jeszcze trochę czasu zanim Polacy i Czesi wypracują sobie jakiś charakterystyczny i ciekawy sznyt w cydrownictwie.

Następnym lokalem były jak już wspominałem Zlý Časy. Lokal który słynie z typowo czeskiej atmosfery i jednocześnie dużego wyboru piw rzemieślniczych. Połączenie to ponoć wcale nie jest tak popularne w Pradze – ponieważ najbardziej znane multitapy to raczej miejsca nastawione na turystów, a lokalsi chodzą częściej do knajp z typowym czeskim piwem. Jedynym minusem wydawał się być owa plotka o tym że nas tam nie koniecznie lubią. Także mimo to postanowiliśmy się tam wybrać. I bardzo dobrze, bo nie doświadczyliśmy tam nic takiego. Obsługa była bardzo uprzejma, a klientela wcale nie patrzyła na nas spode łba tak jak to miało miejsce w kilku spelunach w Cieszynie i okolicach. Udało nam się spróbować zarówno kilku ciekawych piw importowanych których nie udało mi się spotkać w Polsce, jak również co ważniejsze kilku naprawdę dobrych rzemieślniczych piw czeskich (głównie świetnych IPA z browaru Antoš z Tlustým Netopýrem na czele).

Kolejny lokal odwiedziliśmy następnego dnia przy okazji obiadu. Był nim Klášterní pivovar Strahov a restaurace Sv.Norbert. Lokal ten znajduje się na wzgórzu górującym nad dzielnicą Hradczany, tuż obok klasztoru na Strahovie. Ma on opinię najlepszego browaru restauracyjnego w Pradze. Piwa które dostaliśmy były faktycznie pyszne choć miałem wrażenie że jeszcze lekko brzeczkowe w aromacie. Bardzo pozytywne wrażenie sprawiał również wyluzowany piwowar i industrialny czy może wręcz „steampunkowy” wystrój. Natomiast największym plusem był najpyszniejszy gulasz z knedlikami który dane nam było jak do tej pory zjeść.

Do następnego lokalu wybraliśmy się wieczorem. Było nim leżące rzut beretem od naszego noclegu U Kunustatu. Lokal jeszcze mało znany i polecony mi na jepiwce. Jedną z jego zalet jest możliwość odwiedzenia jednej z historycznych piwnic starej Pragi (co ciekawe odniosłem wrażenie że jest ona również częścią płatnej wycieczki po Podziemnej Pradze). Na tym jednak zalety się nie kończą. Obsługa jest bardzo uprzejma, do piwa dostaliśmy czekadełko w postaci orzeszków, a po mimo tylko 3 nalewaków mają naprawdę pokaźny wybór butelek od czołowych czeskich rzemieślników. Istnieje również możliwość zamówienia deseczki złożonej z piw butelkowych oraz zapisania się na degustacje które odbywają się co dziennie o godzinie 18. Jedynym minusem były ceny (przeciętne piwo butelkowe po około 100 Kč, lane powyżej 80 Kč za coś innego niż pils) wyższe niż w innych odwiedzonych przez nas lokalach (przeciętne piwo po około 65-85 ) – no ale cóż to stare miasto, a i tak nie było z tym takiej tragedii jak w pizzerii do której przyszliśmy ostatniego dnia na obiad (około 80 za nie określonego w karcie pilsa).

Ostatnim lokalem jaki odwiedziliśmy było U Tří Růží – browar restauracyjny położony również na starym mieście. Poza klasyką serwują tu również piwa specjalne i sezonowe. Piwem specjalnym na jakie udało mi się trafić był chmielony nowofalowo koźlak (Klášterní Speciál Sv. Jiljí No.1) – pierwsze piwo specjalne warzone w tym miejscu. Piwo to ukazało mi jak fajne trunki można stworzyć łącząc klasykę z nowoczesnością, co niestety nie jest u nas zbyt modne (jedynym dobrym przedstawicielem jakiego kojarzę jest Koźlak z Gościszewa chmielony Cascade’m). Innym ciekawym piwem jakiego dane mi było tu spróbować było piwo pszeniczne z dodatkiem bzu. Jeśli mam być szczery to takie „radlery” mógłbym pić całe lato. Sam lokal sprawiał bardzo miłe wrażenie dzięki temu że z głośników leciały hard rockowe szlagiery, a wystrój plasował się gdzieś między typową czeską piwiarnią, a a’la bawarską karczmą.

Wycieczkę tę podsumuję myślą że mimo iż faktycznie minęły już czasy kiedy po dobre piwo jechało się do Czech, to jednak wcale nie jest tak że Czesi mają się czego teraz wstydzić. Owszem żeby dostać ciekawe piwo rzemieślnicze w Pradze trzeba trochę się zorientować w temacie, jednak jeśli już się takie znajdzie to nie ustępuje ono jakością naszym kraftom, a czasami jest nawet lepsze.

Na sam koniec tego wpisu wspomnę jeszcze o dwóch miejscach nie związanych z piwem ale myślę że mimo wszystko godnych polecenia na naszym blogu. Pierwszym jest sklep i restauracja Chilli Point. Restauracji niestety nie przetestowaliśmy, ale sklep zrobił na nas piorunujące wrażenie. Na miejscu można była zamówić praktycznie wszystko czego chillihead  sobie może zamarzyć: ostre sosy, sadzonki roślin, dżemy, łakocie, literaturę, suszone i świeże papryczki. Wielka szkoda że takich miejsc nie ma jeszcze w Polsce.

Drugim miejscem o którym tu wspomnę jest Speculum Alchemiae – autentyczna pracownia alchemiczna odnowiona i przerobiona na muzeum. Większość wystroju oczywiście nie jest autentyczna, jednak odtworzona z dość dużą dbałością o poprawność historyczną. Przewodniczka nie opowiada bajek – skupia się na faktach historycznych jedynie czasem okraszonych jakąś legendą. Laboratorium zostało odkryte w czasie powodzi która w 2002 r. nawiedziła Pragę. Po powodzi zapadł się kawałek ulicy i ujawnił jeden z tuneli prowadzących do laboratorium. Co ciekawe w laboratorium odnaleziono notatki i flakonik z eliksirem. Dzięki temu znalezisku udało się odtworzyć przepisy na kilka eliksirów które teraz można nabyć w Muzeum – niestety ceny są nieprzyzwoicie wysokie biorąc pod uwagę iż te eliksiry są tak naprawdę wermutem lub nalewkami ziołowymi. Zresztą sama cena wstępu też jest dość wysoka jak na Pragę (200 ), ale mimo to uważam że zwiedzić warto.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s